Hm... Też chciałabym zasięgnąć rady.
Moim zwierzęciem mocy wydaje się być wąż. Powiem szczerze, że nigdy nie próbowałam przywołać do siebie zwierzęcia mocy, ba, nawet wcześniej nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. Powiedzmy samo mnie znalazło. Przecież nigdy za wężami nie przepadałam! Pamiętam tylko z wczesnego dzieciństwa bardzo silnie przeżyte doświadczenie - gdy miałam okazje dotknąć węża, czułam się wtedy z siebie bardzo dumna, prawda, byłam zadowolona i wdzięczna wężowi, że mnie nie pożarł (zdaje się wielki pyton)

No w każdym razie, zawsze miałam silny kontakt z naturą, zwłaszcza uwielbiałam wodę, często pływałam sama kajakiem po pobliskim jeziorku. Tego dnia jednak nie byłam sama, miałam pasażera, a także na brzegu spore towarzystwo, pomimo to po swojemu popadłam w medytacje odcinając się od świata ludzkiego, pogrążona w wodnej kontemplacji. Dryfowałam. Zupełnie odcięta, nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się wokół mnie dzieje, jak przez mgłę dotarł do mnie obraz - nacierającego przez wody wprost na mnie i mój kajak wąż. Szok. Zamrugałam z pięć razy, za nim do mnie dotarło, co widzę, był już na wyciągnięcie wiosła. Ja oczywiście przerażona zaczęłam uciekać, wiosłując szybko jak nigdy dotąd (nie wiedziałam, co to za wąż, w tym rejonie były żmije), jakoś nie odpowiadała mi wizja, żeby to wpełzło do mojego kajaka i oplatało się wokół nóg, brrr czy też żeby pasażer spanikował i nas zatopił (póki co nic o nim nie wiedział). Odpłynęłam całkiem sporo, a ten wciąż płynął na mnie. Zaczęłam skręcać kajakiem, zmieniając kierunek, tor, żeby się odczepiło, ale nie chciało, uparcie płynęło wciąż za mną. Zrezygnowana postanowiłam uciekać do brzegu. Linia brzegowa jest naprawdę szeroka, do tego jednolita na sporym odcinku... Przebiegłe zwierzę wyszło na brzeg dokładnie obok mojego kajaku, gdy tego już zostawiłam szybko zaciągniętego na piasek i sama w biegu oddaliłam się od morskiego potwora. Czego ode mnie chciał? Olałam spotkanie, wolałam nie wspominać mrożącej krew w żyłach przygody
Jakieś dwa lata później wąż zdawał się przewijać niepozornie przez moje sny. Jakby obserwował, pilnował, z czego ledwo zdawałam sobie sprawę albo nawet wcale. Hm…ale kto by lubił paskudnego węża? Hm… no właśnie, w końcu zaczęłam go lubić, nawet podświadomie akceptować, że może mieć coś ze mną wspólnego (nie wiem dlaczego, skąd to się wzięło). Jednak wciąż wolałam się trzymać od żywych z daleka. To było coś takiego, ze od niechęci przeszłam w obojętność (każde zwierzątko chce żyć), a sympatii próbowałam się nauczyć nawet wobec pająków, więc niby nic w tym nadzwyczajnego. Z tym, że stąd ni zowąd znowu po okresie jakichś dwóch lat przyśnił mi się sen, który wywarł na mnie ogromne wrażenie. Moja codzienność nie była ówcześnie zbyt wesoła. Wąż przyśnił się nagle, niespodziewanie (z reguły śni mi się to, co chcę i wtedy po ponownym zaśnięciu nad ranem postanowiłam skorzystać ze swoich umiejętności żeby się odprężyć przy czymś miłym). A ten zaczął mówić do mnie (z jakiej racji wąż?); Jasno dawał mi do zrozumienia, ze jestem w niebezpieczeństwie, radził mi uważać i takie tam. Cóż, o zwierzętach mocy dowiedziałam się dopiero rok później

Dzisiaj zorientowałam się, czego wcześniej nie rozumiałam, życzył sobie czy pokazywał jak dla niego tańczyć (?) lol, co dopiero niedawno do mnie dotarło, więc tego nie robiłam. Czuwał cały czas przez ten okres nade mną wraz z duchem innego, zaprzyjaźnionego zwierzęcia, niczego się nie musiałam bać.
Ale po pewnym czasie – kolejna głupia przygoda z wężem (innego zwierzęta jakoś nigdy mnie nie prześladowały

) – drugi żywioł, który bardzo lubię to powietrze, dla mnie idealne połączenie powietrze + natura = rower. Samotne wycieczki. Jechałam leśną ścieżką, więc pozwoliłam sobie na zadumę, a że dobrze nie widzę z daleka bez okularów – przejechałam centralnie po wężu, który leżał sobie wzdłuż na środku drogi. Z wielkim impetem. Aż jego dwa krańce uniosły się ku górze. I od tamtej pory wydaje mi się, ze kompletnie straciłam kontakt z moim zwierzęciem, już nie czułam jego obecności, nie odzywało się do mnie, jak gdyby się obraziło, chociaż je przeprosiłam, bo nie chciałam. Nie przychodziło już do mnie więcej, ani nie przybywało przyzwane. Próbowałam też dla niego tańczyć, wyraźnie przewija się w mojej sztuce, jak gdyby podświadomość chciała go urzeczywistnić. Gdzieś na równi w czasie z przejechaniem węża miałam też załamanie nerwowe (2 tygodnie z życia -porażka-nadawałam się na leczenie hyy). Później jeszcze dobiły mnie takie tam problemy sercowe=kompletnie bez życia, kaleka emocjonalna przez kolejny okres dwóch tygodni, może dłużej (a wąż zdaje się ostrzegał mnie żeby dać sobie spokój i olać ukochanego – łatwo powiedzieć, tym bardziej, że chodzi o te osobę "przeznaczoną") – czyli znowuż go nie posłuchałam. Kolejny skutek załamania – za wszelką cenę uciekałam przed podróżami astralnymi, za nic w świecie nie chciałam ich odbywać i koniec kropka, czułam się taka słaba, miałam wrażenie, że ktoś mógłby mi zrobić w takim stanie krzywdę, przerażało mnie to wszystko, on najwyraźniej wymagał ode mnie spotkania z kimś. Może tego też się można przyczepić? A może nie chce ze mną rozmawiać, bo uważa, że u mnie już wszystko w porządku i radzę sobie sama? Tylko, że brakuje mi go i mam wrażenie, że to wszystko przez tamto wydarzenie w lesie.
Czy naprawdę miał powód żeby się obrazić, czy to zrobił, co robić? Jak często kontaktujecie się ze swoimi opiekunami? Ja ze swoim nie mam kontaktu od ponad pół roku. A nie miałam okazji i wolałabym jednak nie ryzykować kolejnego spotkania na łonie natury (było ich trochę więcej niż wspomniałam).