Forum SHAMANIKA szamanizm-ezoteryka-śnienie • Zobacz wątek - Syn boginki

Syn boginki


Dział o utopcach, strzygach, upiorach i dziwożonach. Opowieści ludowe, wyczytane lub zasłyszane od babci.

Moderator: Kapelusznik

Post Wt gru 18, 2007 3:42 pm

Syn boginki

Tym razem dłuższe opowiadanie... O wiele dłuższe. Odwaliłem iście benedyktyńską robotę nad tym.


Syn boginki

Było raz małżeństwo, mąż i żona, zwali się Kręciszowie, bogaci ludzie na roli, jeno bezdzietni. Jako już mieli wiek stateczny, to się frasowali, że pomrą, a majątku nikt bliższy po nich nie odziedziczy. Próżno się martwili, bo im Pan Bóg dał nareszcie chłopaka, którego na chrzcie świętym ochrzcili imieniem Wojtek- sam sobie takie imię przyniósł.
Cieszyli się ogromnie, ale niedługo.
Na trzeci dzień po chrzcinach musiała Kręciszowa wyjść z chałupy po ogień do sąsiady. Poszła z garnkiem, prosi:
- Sąsiado, użyczcie mi ognia, jeno prędko, bom dziecko samo zostawiła w chałupie!
Ale ta sąsiada nie miała ognia – wygasł jej przez noc i Kręciszowa musiała biegać do innej chałupy.
Wraca ona do domu z ogniem, zadyszana, spogląda na dziecko i wszystko jej się zdaje, że to nie ten sam jej Wojtek, tylko jakieś inne dziecko. Nic nie mówi – czeka, aż mąż nadejdzie. Kręcisz niedługo potem przyszedł i baba do niego rzecze:
- Spojrzyj no bacznie na to dziecko!
Spojrzał.
- Cóż takiego? – pyta.
- Nie uważasz ty, że to tak, jakby nie nasz Wojtek?
- Prawda święta, tamten miał jakąś mniejszą głowę!
- Ano to jak raz nie nasz; bo i ten i oczy ma takie bez koloru…
Co rychło przyzwali kumę, kumotora, mówią im:
- Moiściewy, obejrzijcie no swego chrzestnika! Ten on, czy inny?
Ci go oglądają z każdziutkiej strony, pytają Kręciszów:
- O cóż wam zaś chodzi?
- Jakże wy myślicie? Wojtek to będzie, czy nie Wojtek?
- Wojtek był chyba jakiś inny, nie miał chyba tylaśnej głowy.
- O rety, toć rychtyk – powiada Kręciszowa. – Jak temu dziecku z wiekiem ciągle będzie rosła głowa, to pewnikiem urośnie tyla co ćwierć!
- Jużci urośnie, co nie ma urosnąć! – powiadają.
- Moja kumo, rzeknijcie swoje zdanie: co się stało?
- Nic innego, tylko wam Boginka musiała dziecko odmienić; tamto zabrała, a swoje podrzuciła. Pewnieście kolebki nie obłożyli zielem, dzwonkami tymi…
- W samej rzeczy – odzywa się kumoter – będzie temu z godzina albo i więcej, jak na własne oczy widziałem jakąś babę; na wyścig rwała z dzieckiem do lasu.
- Ano to Boginka, jak amen w pacierzu!... To dziecko może być nie chrzczone.
- Jak jest Boginki, nie może być chrzczone!
Dopiero w chałupie zmartwienie, bo trza odchować nie tylko nie swoje, ale nawet nie ludzkie dziecko, strasznie odmienne.
Schodzili się tam różni ze wsi – radzą, co począć. Jedna stara kobieta raiła, że takie dziecko, podrzucone przez boginkę trzeba porządnie zbić, żeby na cały głos wrzeszczało. Kiej Boginka posłyszy, że się rodzonemu krzywda dzieje, przybieży z lasu i odda prawdziwe dziecko, a zabierze swoje.
Bić, to bić. Kręciszowa wzięła i wyplaskała tego małego uczciwie raz, drugi, trzeci, na gółkę. Darł się chłopak wniebogłosy, aż cały zsiniał, ale Boginka nie przyszła – może ta nie usłyszała? – i nie odniosła prawdziwego Wojtka. Potem przywykli jakoś rodzice i do tego, a stary Kręcisz nieraz mawiał:
- Na dwoje babka wróży: nieprawdziwy alboli też prawdziwy…
Odchowali go zupełnie jak swego własnego. Tylko serca nikt osobliwie nie miał do tego chłopaka, niby koli onej niepewności. A głowisko mu urosło setne nikiej wiadro.
Do żadnej roboty nie był zdatny – okrutny niemrawiec, dziamdzia taki. Ale też się go nie trzymały i figle żadne, jak innych chłopaków. Próżniaczysko ogromne, jacy z kąta w kąt łaził a poziewał.
- O, jak mi się też przykrzy! – mówi.
- Musi ci się przykrzyć, skoro masz lenia w sobie – rzecze Kręciszowa.
Do jednej rzeczy miał sposobność: obżartuch był ogromny. Żeby nie wiem, jaką miskę postawił przed nim, to ją uprzątnął czyściutko i jeszcze palce oblizał. Jak zaś przyszło co robić, zawdy zasnął.
Wiedzieli ludzie ze wsi, że to niekoniecznie ludzkie dziecko, jeno pewnie diablicy z lasu, więc go nikt nie uważał – za nic go mieli.
Było mu już pewnie ze szesnaście lat, kiedy raz ojciec tak mu zapowiedział:
- Ruszaj mi, wałkoniu jeden, do stodoły, narżnij sieczki dla koni! Niech choć aby tyle wyręki mam z ciebie w domu!
Ano poszedł do stodoły niby to rznąć sieczkę, a wlazł w zapole i mówi sobie:
- Co ja mam po próżnicy targać swoją siłę!
Dopiero się zagrzebał w słomie i spał jak kamień.
Wchodzi do stodoły ojciec, a tu ani Wojtka, ani sieczki. Zeszedł go tam w zapolu na spaniul jak też odpasał pas, jak zacznie bić, skatował strasznie chłopaka.
Wojtek ani mruknął. Wytrzymał bicie. Ale się potem zabrał i poszedł precz z chałupy. Powiedział matce, że idzie do służby. A jego już tak ciągnęła zła natura…
Akurat było jakoś po strasznej nawałnicy, co tam spadła gradem i piorunami. Chmura się pono oberwała i narobiła ludziom szkody. Chłopak wyszedł za wieś; idzie groblą i spotyka jakichś dwóch czarnych ludzi, a każdy z nich trzymał pęki sznurów. On myślał, że to są kominiarze z Działoszyc, co wsie obchodzą i gdzie wypadnie wycierają sadze w kominach. A to byli płanetnicy, którzy spadli na ziemię, jak się tam chmura oberwała. Tak ci się zaraz na Wojtku poznali i wzięli go ze sobą.
- Pójdź do nas – powiadają – będzie ci dobrze. Jedwabne życie!
- A jakąż wy mi robotę dacie?
- Co ci teraz mamy gadać. Pójdź z nami… a jak ci się nie spodoba, to odejdziesz! U nas nie ma żadnej niewoli.
Uszli kęs drogi – wstępują do jednej chałupy… proszą baby, żeby im dała mleka od czarnej krowy; sami się napili i Wojtkowi też dali. Poszli.
Przychodzą potem nad jakiś wielki staw – a tu się czarna chmura opuszcza z nieba aż do samego dołu. Wtenczas ci dwaj mówią do Wojtka:
- Siadaj na tę chmurę, usadów się z wygodą, bo pojedziemy!
Przez chwilkę się wagował, ale wsiadł – i oni takż wsiedli, wołają:
- Wio, bure, na górę!
Niby chmurom tak przykazywali.
Zrobił się jakiś szum, war jakiś – kipiało tam, a tak dudniło, jakby kto tysiące koni pędził. Zajechali pod niebo. Wojtek spogląda, a tu naokoło niego same płanetniki, jano ci dwaj, co z nim przyjechali, byli starsi, majstrowie sami, a reszta – czeladnicy. Jedni na komendę brali chmury na powrozy i ciągnęli, jak im przykazano; drudzy znowu dmuchali tam w chmurach na deszczówkę i lód z niej robili, a inni ten lód siekali na kawałki, żeby mieć grad; przesypywali toto z miejsca na miejsce i dopiero rzechotało nikiej orzechy. Spodobało się Wojtkowi takie rzemiosło: precz robił grad – oddawał go pod miarą na ćwierci. Albo przeciągał i przesuwał chmury nad różnymi wsiami; przychodzi do niego jeden z tych majstrów i powiada:
- Dosyć już masz wyćwiki w tej robocie; pójdziesz teraz robić śnieg, bo go mało co mamy na zimę.
Musiał teraz Wojtek heblować takie cieniusieńkie wióry z lodu, że toto było lżejsze od pierza. Ale nie umiał dobrze lodu zasłaniać od słońca, szkody im tam narobił.
Z dobre pół roku czasu zbarłożył u tych płanetników, aż raz słyszy komendę:
- Ustawić chmurę prosto nad Kręciszową chałupą!
Poszedł tam na tę chmurę, wywiercił sobie dziurkę i patrzy: akuratnie ta chałupa, gdzie się odchował, a dalej struga, błonie, gdzie pasał bydło, gęsi. Tak mu się cno zrobiło do ludzi, ile że spostrzegł matusię na podwórku, jak przed deszczem zbierała z płotu szmaty. Wziął i uskoczył, spadł rychtyk na strzechę Kręciszowej chałupy.
Spostrzegła go tam matka i pyta:
- Wojtek, czyś to ty?
- Toć ja, ja sam, mamusiu!
- Oj, zbytniku jakiś!mało ci miejsca na ziemi, żeś na kalenicę wylazł? Schodźże prędzej, bo deszcz zaraz lunie z tej czarnej chmury!
- Mnie ta deszcz i chmury nie żadna dziwota!
Tak sobie matka nie mogła nijak zmiarkować, dlaczego on tak mówi.
Przyszedł potem do izby – przeciąga się, ziewa i rzecze:
- Spracowałem się ogromnie, moi rodzice, i przyszedłem się tu do was wyspać!
Oboje Kręciszowie spoglądali nań, a on – kocmołuch taki czarny, że aż niemiło patrzeć.
- Kajżeś znowu bywał, coś tak poczerniał? – pyta ojciec.
- Żałujecie mi kawałka chleba, tom musiał chodzić po zarobkach, jako darmo nigdzie jeść nie dadzą.
- A umyjże się, ladaco, bo patrzeć na ciebie przykro! – rzeknie matka.
- Moja czarność od wody nie puści! Dajcie mi się czym posilić, potem pójdę do stodoły na spanie.
- Oj, ty paliwodo, płanetniku jakiś! – zawołała matka.
A on spojrzał i powiada:
- Skądże wy znowu wiecie, żem ja płanetnik?
Zaraz zastanowiło rodziców jego pytanie: bo jakby był synem Boginki, to mógł być i naprawdę płanetnikiem.
Wyjadł wszystko, co tylko było w warmiczkach i pyta:
- Nie macie, matusiu, już nic do jedzenia?
Dodała mu jeszcze Kręciszowa pajdę chleba z masłem, a później poszedł spać do stodoły. Przesiadywał już przy tych rzekomo swoich rodzicach, ale się nie brał do żadnej zwyczajnej roboty, a czasem się odzywał:
- Ja to tylko umiem robić, czemu nikt nie poradzi.
Widzi on zaraz, że na polu jest taki kręciel, wiatr, co go też diabelskim tańcem zowią: na drodze porywał kłąb kurzu i młynkiem w górę niesie, a tam w polu porywał garście zboża, mierzwił i roznosił. Nikt tego potem w porządny snopek nie mógł zawiązać. Tak Wojtek popatrzał tylko i pyta chłopów, kótrzy byli przy robocie:
- Nie ma też tu kto z was porządnego noża przy sobie?
Jeden chłop miał i podał mu taki długi nóż, wyostrzony. On wziął, chuchnął na ostrze, pociągnął po cholewie i czekał chwilę, aż się taki kręciel zerwie, zacznie mierzwić garści zboża. Ano zaczęło się – powstał młynek, wichrzył ze zbożem pożętym. Wojtek podchodzi, przymrużył jedno oko, a drugim celuje i dopiero skoczył, sygnał tym nożem. W ten moment wszystko ustało, precz sobie gdzieś poszło.
- Cóżeś ty zaś takiego zrobił? – pytają chłopi.
- Nie widzieliśta? Przebiłem go ówtym nożem.
Już się nawet nie pytali, kogo on przebił, ani tego noża nikt nie chciał poszukać i podnieść, jak wiadomo było, że Wojtek w złego utrafił.
- Szło precz na okolicę, że ten chłopak z ogromną głową lepiej różności zna niż druga baba, co uroki odczynia albo wróż jaki. Przychodzi do niego ten i ów po kryjomu, jak trzeba było zaradzić jakiej nieczystej sile.
Zjawia się raz jeden chłop i powiada w te słowa:
- Wojtek, a może byś ty mi naraił, bo prawie co noc dusi mię zmora. Jużem się zamykał na kłódkę, kładł pod poduszkę siekierę, nóż… na nic.
- Jakże ona was dusi?
- No, czuję w sobie okropną duszność i strach, a nijak się obudzić nie mogę i choć chcę krzyknąć, to się jeno spocę, zmorduję, ale pary ze siebie nie puszczę. Schudłem nikiej słomka, opadłem z ciała.
- Rada na to będzie, jeno ja sam muszę iść do was i nocować w waszej chałupie przez tyle dni, ile wypadnie. Ale pamiętajcie, żeby w całej wsi nikt a nikt nie wiedział, że ja u was jestem! Ogromny sekret!
I poszedł z onym chłopem do jego wsi. Dali mu tam dobrą wieczerzę; podjadł sobie doskonale, potem kazał, żeby mu zrobili posłanie ze świeżego siana pod nalepą i drzwi od izby zostawili na noc otworem – choć taka zmora może się przecisnąć przez najmniejszą szparkę.
Tej nocy pierwszej zmora wcale nie przyszła i chłop się wyspał, aż mu rano oczy zbielały na zdrowie.
- Żebym ja się to co noc tak wyspał – powiada – przyszedłbym wnetki do siebie, uważam, że mi sen potrzebniejszy, niż jadło.
- Moja w tym rzecz! – odrzeknie Wojtek. – Jak wam z piersi nie będzie krwi ssało, to przyjdzie i sen, i z zdrowie.
- Bóg ci zapłać za obietnicę!
Nazajutrz ogromnie go przez cały dzień podejmowali – dawali mu jeść, co zechciał: jajecznicę, kluski z mlekiem, ser, chleb z masłem, baba usmażyła nawet gołąbka i wódki się napił, a później wyspał się po południu w stodole.
Ano nadeszła noc – znowu tam drzwi od izby nie zaparli, jemu posłali przy nalepie. Kiedy już wszyscy twardo spali, on sam jeden czuwał, jako za dnia należycie się odespał. Naraz – tup, tup, tup! – coś do izby wpadło. Rozgląda on się – kocur ogromny, ślepie mu się w ciemności świecą jak światła na roratach; chwileczkę posiedział sobie na izbie, potem idzie i – hyc – prosto na łóżko, gdzie się chłop położył. Jak się już ten kot odrobinę zasiedział, wtenczas dopiero Wojtek cichuteńko na bałyku do łóżka podszedł, kota za kark capnął i zaczął tłuc, walić o ziemię, ciągle zaś dziesiętował:
- A nie chodź po nocy, psia duszo zatracona!
Pobudzili się wszyscy w izbie na ten hałas, ale nikt nie śmiał słowedczka pisnąć ze strachu – niech się tam Wojtek upora ze zmorą! On zaś tego kota stłukł na kwąśne jabłko, później go wyniósł za drzwi, wyrzucił na podwórko i teraz dopiero drzwi do izby mocno zaparł. To wyraźnie przez jakiś czas słychać było za oknem stękanie ludzkie: juści zmora była.
Na drugi dzień powiada Wojtek do tamtego chłopa:
- Powiedzcież, nie przeszkadzało wam co w nocy?
- Obudziłem się po północku, kiedyście tę zmorę mordowali, i już potem do świtania nie spałem, lęk miałem okropny. Alem teraz strasznie kontent, żeście jej, Wojciechu, dali taką odprawę.
- Co noc teraz będziecie rzetelnie sypiali, bo się zmora już przyjść do was nie waży. Uważajcie sobie tylko, która też baba we wsi będzie kulała przez jedenaście niedziel, to ona była zmorą, co was dusiła, jeno jej już od was na zawsze wara! No, każcie swojej kobiecie uwarzyć żuru na szperce i do tego kartofli ze skwarkami; pośniadam i pójdę… Jakby jeszcze upitrasiła tej paradnej jajecznicy, com ją tu jadł wczoraj, toby nie było nic nadto.
Wojtek pośniadał sobie uczciwie i poszedł.
Niejednego on od zmory zwolnił – równo w swojej wsi, jak i we wsiach innych.
Ale znowu coś o milę za lasem, przy bocznej drożynce, było takie bajorko, które daleko w łąki zachodziło, a jednym brzeżkiem dochodziło do drogi i ludzie tamtędy musieli przejeżdżać. Złe tam psociło, taplało ludzi i konie. Postawili figurę, świątka takiego – nie pomogło. Jaki taki wolał nieraz milę nadłożyć i innej drogi poszukać niż się przez ten moczar zapuszczać; osobliwie w nocy.
Wszczyscy mówili, że pod tą wodą mieszka Topielec i on tak psoci.
Zgadało się raz o tym, bo prawie każdy człowiek tamtejszy miał jakiś przypadek na onej wodzie: jednemu konie przepadły z wozem, a sam ledwie z życiem uszedł; innego znowu wodziło z babą, wozem i końmi do samego świtu po łąkach, że aż okropność. Był tam zaś we wsi gospodarz, co pojechał do miasta krew puszczać; chciał do domu wracać krótszą drogą i na własne oczy widział przy tym bajorze Topielca. Tak się odzywa do Wojtka:
- Skoroś taki zuch, zgnęb tamtego Topielca. Zasługę będziesz miał przed Bogiem za to, że ludzi zbawisz od licha.
- Zgnębić mogę, tylko za darmo nie będę robił; mnie ojciec żywić nie chce, nieraz dobrze z głodu przymrę, a pędzą mię do takiej ciężkiej pracy, co dla mnie jest całkiem opaczna.
Naradzili się chłopi między sobą, zrobili składkę: jedni dali zboża, kartofli, drudzy pieniędzy.
- Idź – powiadają – raz zrób koniec z Topielcem.
Dopiero Wojtek wszystko, co od chłopów zebrał, oddaje matce i mówi:
- Macie tu prowiant, a nie wymawiajcie mi, że darmo chleb wasz zjadam, jako sobie zarobić umiem.
Potem się zebrał i nocą, po miesiączku, poszedł nad owo jezioro. Siadł w sitowiu, ledwie głowę co nie bądź wyścibił, czeka. Nie upłynęło może siedmiu pacierzy – jest. Topielec wyszedł z wody, jeno laseczkę miał w ręce, a z lewegotroka sukmany sączyła mu się woda. Popatrzył on naokoło siebie i rzecze:
- Źle! Ludzie już tędy jakoś nie jeżdżą, nie mam żadnej roboty ani zabawy! Trzeba choć siano zgnoić chłopom na łąkach!
Dopiero się puścił w pląsach po łące, a z tego lewego troka sukmany woda się siurczkiem lała na pokosy. Biegał tak jak ze sikawką, zmoczył wszystko do cna; wskakiwał w kopki siana i także je zmoczył. To z tego aż się opary ogromne porobiły i wisiały ponad łąkami nikiej płachty.
Korciły Wojtka te psoty, ale cierpliwie czekał do końca.
Nareszcie wyhulał się Topielec i idzie z powrotem do jeziora, a laseczką się podpiera. Dopiero teraz Wojtek nagle wyskoczył mu przed samym nosem, łap go za łeb i z całej siły ręb o ziemię, aż jękło i ten zły się odbił.
- A cóżeś ty, psia duszo, za jeden, mocny taki? – wystękał Topielec. – Pókim żyw, jeszczem takiego hamana nie widział, choć przecie taplałem ogiery i byki…
- Widzisz, trafiłeś na swego! Ani drgniesz, póki cię w garści trzymam! Albo mi teraz powiedz, gdzie jest twoja moc, albo ci sprawię takie basy, że się już nigdy, przenigdy nie wyliżesz!
- Kiej ja ci nie mogę zdradzić mocy swojej; bo cóż będę na świecie znaczył, jak ją utracę?
- Musisz, sobako! – krzyknął Wojtek i zararz go oburącz chwycił za bary, a potem grzmotnął o ziemię i jeszcze mocniej niż przedtem.
- Dam ci tyle skarbów, ile tylko zechcesz, a puść, nie bij! Boś już wątrobę we mnie odbił, bebechów w sobie nie czuję!
Wtenczas Wojtek kolanami klęknął mu na piersiach, popluł w obie garści i jak też zacznie macać go po żebrach, a ciągle dogaduje:
- Ja skarbów twoich nieżądny! Gadaj zaraz, bo inaczej flaki z ciebie wytrząsnę! Gdzie moc twoja?...
Topielec jeszcze się przez chwilę wagował; ale kiedy mu Wojtek znowu pięścią dojechał, tak już zaczął prosić pardonu:
- Gwałtu! Puśćże mię! Cóżem ja ci przeskrobał?...
- Nie puszczę, tyla cię wezmę na barana, zaniosę do wsi, oddam chłopom, coś ich nieraz porządnie manił i taplał!
Tak Topielec, ledwie żyw, podaje mu teraz swoją laseczkę i mówi, że w niej jest cała jego moc.
Wojtek zaraz wziął laseczkę i Topielca już z rąk popuścił, dał mu pokój, tylko go pyta:
- Cóż ty z tą laseczką robisz?
- Wodę nią otwieram i zamykam, kiedy mi się podoba. Trzeba tylką tą laseczką dotknąć morza, rzeki czy jeziora, a wody się w okamngnieniu rozstąpią.
- No, to mię teraz prowadź do swojego domu!
Srodze skatowany Topielec ledwie nogi powłóczył za sobą. Dopiero Wojtek trącił laseczką po wodzie i zaraz się zrobiła czyściutka ulica, jako woda zstąpiła na prawo i na lewo.
- Idź ty naprzód, a ja za tobą! – rzekł Wojtek.
Po niejakim czasie przyszli do ślicznej kamienicy, tam pod ziemią, pod jeziorem, gdzie były największe otchłanie. Topielec zapukał – otworzyła mu jego żona; weszli. Stancje – wszystko paradne, ogromny porządek w każdym miejscu i bogactwo. Rozsiadł się Wojtek na kanapie, kazał sobie dać wieczerzę; sama Topielcowa usługiwała mu do stołu i dwie jej córki, cudo piękności.
Nad ranem, kiedy już dobrze podjadł różnych potraw, zabiera się do powrotu i rzecze:
- Dobrze żyjecie, podoba mi się! Jeszcze tu do was kiedy bądź przyjdę, bo ryby smaczne.
Już mu z tą laseczką łatwo było trafić do domu.
Zapytują chłopi na wszystkie strony:
- Cóż, cóż? Jakże ci też tam poszło?
A on im na to:
- Możecie teraz na moje słowo śmiało przez bajorko przejeżdżać i w dzień, i w nocy, konie tam pławić, bydło poić; nic nie dokuczy.
Jeno wszystkiego, jak się z Topielcem rozprawiał, nie chciał zeznać; powiedział chłopom, że się o takich rzeczach publicznie nie mówi. „Ci, co słuchają, mogliby poumierać”. Więc go już nie napastowali.
Niedługo potem przyszedł do niego po radę chłop jeden, mizerak straszny taki, że w całym obleczeniu były tylko łatwy a w łatach dziury; człowiek ogromnie zbiedzony, aż żółtość na niego padła.
- Słyszałem, mój Wojciechu – powiada – że różne kawałki i sztuki znacie. Może byście i mnie pomogli?
- Skoro się dowiem w czym rzecz, to może wam pomogę.
- Jakiegoś osobliwego stracha mamy w chałupie: nocami łazi, tłucze się po izbie, po komorze. No, a jak tylko zmierzch, to ustawicznie słychać piska jakiś w nalepie czy pod nalepą, bo trudno zmiarkować, gdzie.
- A widzieliście kiedy, jak toto wygląda?
- Ja nie widziałem, jeno kobieta moja nieraz widziała cień taki biały i powiada, że chyba musi dusza jaka u nas pokutować.
- Idźcie do domu i powiedzcie swojej kobiecie, żeby dziś dla mnie była wieczerza, jak się patrzy; przyjdę tam wieczorkiem.
Chłop nic nie odrzekł, poszedł do domu.
Na wieczór przychodzi Wojtek do tej chałupy, gdzie straszyło, pyta – Jest wieczerza?
Podchodzi do niego na to gospodyni i z płaczem rzecze:
- Moiściewy, toć ja wam nie mam co dać na wieczerzę, jako wszystkiego u nas brakuje; te dzieci swoje oto karmię płonkami, głogiem, tarkami.
- Jak to, i krowy nie macie?
- Krowina jest, jeno jej wymiona przyschły, że kropli mleka nie puszczają, żeby nie wiem, jak doić.
- Nawet chleba i w chałupie nie macie?
- Ani okruszyny nie ma. Żeby chleb był… mój boże, czegóż więcej trzeba!
- Rozpalcież choć ogień w nalepie! W ciemności trudno wysiedzieć.
- Z czegóż ja, nieszczęśliwa kobieta, rozpalę? Chybabym tę starą ławinę porąbała; ale nie mam ani siekiery, ani nawet kozika w domu.
- No, to mi pościelcie koło nalepy!
- Czymże zaś pościelę, kiej ździebełka barłogu nie mamy?
- Dobrzem wyszedł! – powiada Wojtek.
I markotny usiadł na ławie, podparł rękami głowę; ale ława była zepsuta i wnet się pod nim zawaliła; musiał sobie usiąśćna ziemi.
Wtem słyszy – coś pod nalepą zapiszczało:
- Pi, pi, pi, piii! Pi, pi , piii!
Zupełnie tak jak gąsiątko, które dopiero co z jaja wylazło.
On posłuchał i odzywa się:
- Aha, teraz rozumiem! To tu u was jest piszcząca Bieda… Ooo! To gorsze i od Zmory, i od Topielca!
Wojtek wstał i nic nie mówiąc poszedł do domu. Myśleli, że się zgniewał i już do nich nie wróci. Ale on wrócił, tylko przyniósł ze sobą plasterek miodu, dratwę szewską i młot.
Tamci ludzie pokładli się spać z dziećmi po kątach, na gołej ziemi; zasnęli.
Wojtek po omacku zdjął buty, w jeden włożył rękę i wysmarował podeszwę miodem na wewnątrz; potem się nakrył kapotą i leży. Nie spał wcale, jeno nasłuchiwał tego piszczenia pod nalepą.
Na jeden raz spod nalepy wychodzi coś bielusieńkie, cienkie a długie. Zaczęło toto łazić po izbie, zaglądać w każdy kąt: gdzie tylko był jaki okruch czego, zaraz schrupało, a jak co było całe, to ono psuło, wygryzało dziury i ciągle piszczało, labiedziło. Przychodzi ono do Wojtka, ten but wysmarowany miodem, zagląda w niego; potem się skurczyło i w but wlazło. Wyraźnie było słychać, jak tam w bucie mlaskało, wylizywało podeszwę.
Dopiero się Wojtek zerwał nagle, mocno ścisnął cholewę u góry i zawiązał ją dratwą. Teraz wyniósł się z butem przed chałupę, usiadł na przyzbie i przy świetle miesiączka czekał, co dalej. Słyszy on, że w bucie zaczyna coś chrupać, zupełnie tak, jak kiedy mysz gryzie. To ta bieda chciała się z buta wygryźć i już zębami dziurkę napoczęła. Ale on chwycił młot i zaczyna walić z całej siły.
- Człowieku, zlituj się, nie bij!
Ten nic, tylko raz za razem wali.
- A pókiż mię też będziesz mordował? – pyta Bieda.
- Póki ci wszystkich zębów nie powybijam, sobacze nasienie!Żebyś już gryźć nie mogła.
Walił tak Biedę, aż jej nareszcie zęby powybijał. Wtenczas dopiero przestał bić, kiedy wybite zęby zachrzęściły tak w bucie, jak kamyki w grzechotce.
Bierze on teraz but z Biedą i poszedł prosto do onego bajorka, gdzie to był zgnębił Topielca.
Otworzył wody laseczką, przeszedł między nimi suchą nogą, zapukał do domu Topielcowego.
Zaraz do niego wyszła żona Topielca i w te słowa mówi:
- Coście wy też najlepszego zrobili, mój Wojciechu! Pozbawiliście oto mojego męża wszelakiej roboty i teraz tak mi w domu dokucza, że wytrzymać z nim trudno!
Jużci ten Topielec stracił moc swoją i nie mógł już dokuczać ludziom, tak strasznie psocił w domu, niemiłosiernie trapił żonę, dzieci, jako z dawien dawna przywykł do dokuczania.
- Przyniosłem ja mu zabawkę! – rzecze Wojtek. – Będzie teraz miał komu dokuczać; niech używa.
Z tymi słowy odwiązał dratwę i zaraz z cholewy wyleciała Bieda. Poczęła piszczeć, szukać sobie jakiego kącika, żeby tam osiąść na komornem.
On zaś wysypał z buta zęby, przerachował je i zobaczył, że brakowało jednego. Tak woła na tę piszczącą Biedę:
- Słuchaj no, ty psia wełno, nicpotem! Tobie jeszcze w gębie jeden kieł został i możesz nim szkodzic! Ja ci go koniecznie muszę wybić!
Bieda w tej chwili rozdziawiła gębę – pokazuje, że już nie ma ani jednego zęba.
- Ten ząb – powiada – co ci go do rachunku brakuje, gryzł dawniej najlepiej; alem go sobie do krzty wyszczerbiła na chłopskiej pracy, która jest twardsza od najtwardszych kamieni. Szlacheckie złoto, srebro, diamenty gryzłam łatwiej aniżeli ty chleb z masłem; nawet bez zębów dałabym temu radę. Ale kiedy przyszła kolej na chłopską pracę, od razu sobie wyłamałam ten ząb najlepszy.
- Ha no, choć ta bez zębów, może się i tak wypasiesz u tych Topielców – powiada Wojtek przez kpiny.
Kazał sobie tam podać jeść, posiedział chwilkę, potem zostawił Biedę pod wodą i odszedł.
W kilka dni przybiega do niego ten sam chłop; ale się już bardzo zmienił: na twarzy nabrał ciała, wesoło patrzył i obleczenie miał o wiele lepsze.
- Mój dobrodzieju! – woła. – Toć teraz u nas w domu wszystko inaczej! Czymże wam też nagrodzę taką przysługę?
- Wyprawcie mi oto którego dnia porządny bankiet, jakom godzien. Nie tylko, żem tej waszej piszczącej Biedzie powybijał wszystkie zęby, alem ją jeszcze w dodatku zatopił.
Jednego dnia zbliża się do Wojtka sam Kręcisz i powiada:
- Wojtek, wiesz ty o tym, że koszula jest najbliższa ciała?
- To ma znaczyć pono, że o krewnych lepiej pamiętać trzeba niż o obcych.
- No, a ty obcym się wysługujesz, o domu zaś ani zbylisz.
-Bo mię, tatusiu, pędzacie do takiej roboty, co dla mnie nic a nic nie kwadruje.
- A byłżeś ty kiedy w nocy na tym naszym pólku koło łąki?
- Nie byłem! Po cóż bym tam w nocy chodził?
- Widzisz, a tam jakieś licho lata z latarką… i skoro się tylko człowiek pokaże, to ono tak goni, że niech ręka boska broni.
- Tegom nie wiedział; ale skoro teraz wiem, może co na to poradzę.
Zaraz wieczorem poszedł na ojcowe pole. Po drodze ukopał sobie rzepy, potem wlazł w kartofle, położył się na bruździe. Leżał i rzepę zagryzał.
No, dobrze. Około północka, ni stąd, ni zowąd pokazał się tam na polu jakiś człowiek o szlachetnym surducie, w kaszkiecie, z latarką w ręku. Przebiegł po uwrociu, a potem w poprzek przeskakiwał zagony i tak mamrotał pod nosem:
- To jest Kręciszów zysk, a Boroniowa strata! To jest Kręciszów zysk, a Boroniowa strata!
I tak w kółko: co skoczył, powtórzył to samo.
Wojtek nagle wypadł z kartofli, a ten surdutowy obces się rwie do niego jak szalony. Przywykł do tego, że go chłopi zawdy przed nim uciekali, więc się i teraz spodziewał tego samego; ale Wojtek stał jak mur, ani drgnął.
- Bliżej pójdź – mówi – bliżej!... ja przed tobą nie mam żadnego boja!
Dopiero tamten zawrócił i sam w nogi.
Jak się Wojtek za nim nie puści, to tylko po naci kartoflanej furczało, a ziemia dudniła. Ten na przodzie zmykał jak zając, jeno się światełko migało, ale go Wojtek nareszcie dognał i już miał za kark chwytnąć, kiedy mu się nogi w badyle zaplątały i w tym rozmachu gruchnął, aż nosem ziemię zarył w bruździe.
Tamto tymczasem umknęło.
Powrócił do domu – markotny był, że mu tak źle poszło, a Kręcisz spod oka nań spojrzał i powiada:
- Różności ci się pono udawały z takimi złymi, ale to licho na namszym polu musi być sztuczka!... Nie darmo on ze światłem chodzi.
Wojtek nic ojcu nie odrzekł, jeno się w duchu zawziął, żeby postawić na swoim.
Na drugą noc już się w poręczniejszym miejscu zasadził, żeby bliżej być tego stracha. Tak ledwie co się pokazało ówto licho, a on mu już zastąpił drogę i chciał je przycapić. Ale co ręką chwyci, nic w garści nie czuje: rozstępowało się to tak jak powietrze… Biegli tak obok siebie i Wojtek wyraźnie czuł, że tamten jest jak wiatr. Podziw go zdjął ogromny, więc pyta:
- Cóżeś za jedno, że cię widzę na oczy, a tykać nijak nie mogę?
- Mnie nie chwycisz, bom jest dusza!
- A czegóż się ty tu po naszym pólku wałęsasz?
- Odpokutować muszę za grzechy swego życia.
- Nie można ci pomóc pacierzami albo czym innym?
- Ten by mi tylko pomógł, kto by te oto kliny na polu Kręcisza oddał na własność dzieciom po Boroniu.
- Przez cóż by zaś grzesznej duszy miała pomóc taka darowizna?
- Oj, nie darowizna to, nie! Z mojej przyczyny Boroniowi krzywda się stała i ja teraz za to pokutuję.
- Kimżeś ty był za życia?
- Miernikiem, mój człowieku, miernikiem! Ja rozmierzyłem to pole niesprawiedliwie… Widzisz, przy świetle muszę co noc dziewięćdziesiąt dziewięć razy obejść i obejrzeć krzywdę ludzką.Nie spodziewam się zaś, żeby prędko te Kręciszowe kliny przeszły na dzieci Boronia… Człowieku, jeśli nie możesz mi pomóc, to w pokucie nie przeszkadzaj!
Zafrasował się Wojtek, jako co nnego zamyślał, a co innego się stało.On myślał, że to było złe, co ludziom szkodzi, i chciał je zgnębić, a to nieszczęśliwa dusza, pokutująca na miejscu, gdzie zgrzeszyła.
Tak poszedł do Kręcisza i zapytuje:
- Powiedzcie mi też, tatusiu, jakeście wy nabyli te kliny nad łąką, co teraz są na nich kartofle?
- Ho, ho! Kiedy to tam było! Z okładem dwadzieścia pięć lat temu, jakem do spółki z nieboszczykiem Boroniem kupił duży szmat roli. Omętra potem rozdzielił to pole na dwie, równe połowy i każdy z nas wziął swoje.
- Tylko wy, tatusiu, wzięliście więcej, jako te kliny akurat powinien był dostać Boroń!
- Rychtyk. Ciewy! Skądże on wie? A toć ja omętrze dałem pięćdziesiąt rubli gotowego grosza za to, żeby sprawę dobrze pokierował na moją stronę. Oo! Te kliniki to w całej naszej wsi najlepszy kawałek ziemi!
- Należałoby je zwrócić dzieciom po Boroniu, bo juści krzywdę mają.
- Czyś ty oszalał? Sobie radź, nie mnie staremu! – tak fuknął Kręcisz i już nie chciał dalej rozmawiać.
Ale Wojtek myślał nad tym, jak by pomóc duszy owego miernika; nałamał sobie dosyć głowy, nareszcie wpadł na myśl, że gdyby się ożenił z Kaśką Boroniówną, toby w taki sposób był koniec z tymi klinami, boby właśnie przeszły na dziecko po Boroniu.
„Przecie by mi ojciec choć te kliny musiał dać na wiano – myślał sobie. – A jakby nie dał, tobym je odkupił”.
Nie traci czasu, zaraz nazajutrz idzie do tej Boroniówny i tak zapytuje:
- Kaśka, chciałabyś mię ty za męża? Powiadam ci szczerze, żebyś bardzo a bardzo dobrze zrobiła.
- Oj, za takiego bym też iść chciała! Posmiewisko ludzkie, z głową taką jak wiadro! Człowieku, toć ciebie ludzie obgadują na wszystkie strony. Powiadają, że dla ciebie żur baba będzie musiała warzyć w jednym saganie, a kartofle w drugim! Przecie ty pono dzień przysypiasz, a po nocach się tułasz, jak co niedobre! Gdzie by zaś kobieta jak należy poszła przed ołtarz z takim obżartuchem i próżniakiem!... No, a jeszcze przecie mówią, żeś ty nie żaden syn Kręciszów, jeno syn Boginki!
Wyśmiała go, wydrwiła tak, że mu się na płacz zbierało. Najbardziej go zaś to ubodło, że ludzie we wsi o nim mówią: „podrzutek, syn Boginki”.
Jeszcze się nigdy Wojtek tak nie zgryzł, nie zmartwił jak teraz.
- Pójdę – powiada – w bory, w lasy, muszę znaleźć tę Boginkę; niech powie rzetelnie, czym ja syn jej, podrzucony Kręciszom! Jeżeli prawda, to ja już do wsi nigdy nie wrócę.
Rozżalił się okrutnie i poszedł.
Jak sobie wtenczas podszedł, tak lata przechodzily rok po roku, a on nie wracał.
Z początku go we wsi wspominali, potem całkiem zapomnieli.
Topielec już ludzi nie taplał, Zmora nikogo nie dusiła. Bieda pod polepą nigdzie nie piszczała, Strzyga w kościele świec nie gryzła i nie łamała – bo on Strzygę zmógł także, nim odszedł. Płanetnicy już nie spadali, jako wiedzieli, że w tamtej wsi na miejscu jest płanetnik. Tylko na Kręciszowym polu ciągle jeszcze po nocach łaził miernik z latarką; ile razy zaś stary Kręcisz z daleka zobaczył czuł w sobie wyrzut sumienia i syna sobie przypominał.
- Gdzie się ten Wojtek zawieruszył? Postarzałem się i ja, i kobieta. Komu to majątek zostawić?... Może by te kliny Boroniom zwrócić?... Ee, trza poczekać!...
Jak przeszło coś lat siedem, a o Wojtku ani słychu, ani dychu.
Kręciszowa codziennie wyglądała z podwórka na drogę, upatrywała, czy Wojtek skąd nie idzie, zawsze zaś chcąc nie chcąc spojrzała na strzechę; dobrze pamiętała, że on tam raz siedział, jak do domu wrócił.
Aż tu jednego dnia ludzie patrzą – lezie przez wieś jakiś człowiek, wysoki, chudy, dobrze zbiedzony. No, nieznajomy… któż może wiedzieć, co to za jeden? Psy z całej wsi za nim pędzą, ujadają – zwyczajnie, jak na obcego.
Zatrzymał się przed chałupą Kręciszów, wszedł, zastał ich w domu.
- Niech będzie pochwalony!
- Na wieki! – mówią oboje. – Z daleka idzie?
- Ooo, z daleka!
Rozgadali się od słowa do słowa. On im różności opowiada – zaraz znać było, że dużo widział.
Kręciszowa też, jak to kobieta, mówi swoje, że mieli syna; niestatek był, co prawda, trzymały się go zawdy jakieś fanaberie dziwne, ale i tak go szkoda. Pewnikiem byłby się zlepszył, zmądrzał, a tak przepadł jak kamień w wodzie.
Ten nieznajomy jadł tam u nich wieczerzę, dopiero wstaje z ławy i powiada:
- Widzicie, to ja jestem Wojtek, jeno ten pierwszy, co wam go Boginka porwała, a tamten drugi przy matce został w boru!
Ogromna radość! Nie mogli się go naściskać, nacałować, a fetowali za dziesięciu – wszystkim, co mieli najlepsze.
Zaraz drugiego dnia rozniosło się po wsi, że do Kręciszów przyszedł prawdziwy Wojtek, ten sam, co go Boginka porwała z kolebki na trzeci dzień po chrzcinach. Schodzili się ludzie, żeby człowieka oglądać: juści niemałe było dziwo.
Coś w trzy tygodnie potem idzie ten Wojtek na zaloty do Kaśki Boroniówny i tak do niej mówi:
- Kaśka, może byś ty za mnie poszła?
- Za ciebie to pójdę, boś ty jest prawdziwy Wojtek Kręcisz!
Dali na zapowiedzi i ślub był przed adwentem, a Kręciszowie wyprawili ogromne wesele, na którym grało aż pięciu muzykantów. Cały zaś majątek oddali starzy tym młodym.
Wtenczas dopiero Wojtek zebrał wkoło siebie dużo ludzi i tak się odezwał:
- Moi kochani, jeden tylko Wojtek Kręcisz był od urodzenia na świecie: to ja!Ani mię Boginka nie kradła, ani nie oddawała!
- Święta prawda! – zawołali. – Ludzie to bajali i bajali… tak sobie; kto by ta wierzył?

Post Pn cze 02, 2008 6:38 pm

Okej, okej, kolejna ankieta od Pełki; ostatnio męczę demonologię polską, więc trzeba zrobić mały release:

Czym wyróżnia się syn boginki?
23,2% - wielka głowa
12% - bardzo drobna budowa
10,4% - brzydota
8% - "inne" niż pozostałe dzieci
7,2% - brzydka twarz
7,2% - przypomina potworka
6,4% - owłosione ciało
6,4% - wielki brzuch
4% - kaleka
2,4% - wyjątkowo chude
2,4% - skrzeczało zamiast płakać
pozostałe 0,8% - mała głowa, zęby i pazury, broda, nie chodziło, bardzo ciemna cera,
poza tym: 6,4% - nie posiadało żadnych wyróżniających cech.

btw powyższe opowiadanie o synu boginki to jedno z wielu wersji. Istniały także opowiadania w wersji takiej, że co prawda syn jadł dużo, ale była to kaszka tatarczana na ryżu albo i zupa ze żmij. W istocie, często też przyprowadzał rodzinę do wielkiego bogactwa, jednak istniały także takie motywy, że przepędzony przez rodziców, któzy pewnego razu nie dali mu jeść, odchodził, a całe złoto zamieniało się w psie gówno.

Same boginki miały wyglądać różnie, według różnych podań ludowych. Z tego też powodu nie mamy jasnego obrazu, jak faktycznie boginki wyglądały i co ze sobą prezentowały. Te mamuny mogły być zarówno pięknymi, młodymi dziewczętami, dybiące na kobiety w ciąży, jak i mogły być także starymi i brzydkimi babami o obwisłych piersiach, które zarzucały sobie na ramiona. Potrafiły jeszcze zamieniać dziecko, gdy były w łonie matki, na jego miejsce wkładając swoje.

Istniały różnorakie sposoby bronienia się przed takimi kradzieżami dzieci. Zaiste, chłopi wyprawiali czyste cuda, byle tylko dzieci nie zostały skradzione. Naprzód były to oczywiście metody religijne, tzn matka lub dziecko powinny założyć szkaplerze, krzyżyki i resztę stuffu. Oczywiście sprawy nie zawsze przedstawiały się tak prosto - czasami krzyżyk musiał być przyszyty do bluzki poświęconą igłą.

Warto również zwrócić uwagę w tym opowiadaniu na to, jak ci ludzie chcieli się obronić przed zamianą dziecka. Wspomniane zostały tutaj "dzwoneczki", jednak de facto było ich znacznie więcej, to jest: Położyć przy rodzącej kobiecie(głowa) jakieś ostre żelazo; zawiesić na drzwiach i oknach medaliki lub postawić święconą kredą znaki krzyża; osoby znajdujące się blisko położnicy miały śpiewać pobożne pieśni; zapiąć na rączce dziecka czerwoną wstążeczkę lub też nałożyć na jego głowę czapeczkę tego samego koloru. Nade wszystko nie zostawiać bez opieki - wierzono nawet, że takie prozaiczne rzeczy jak odwrócenie się od dziecka podczas snu mogło ściągnąć boginkę.

Ta zresztą mogła porywać nawet ochrzczone dzieci, ale widać takich przypadków było mało.
Może śmierdziały :>?

Post Pn cze 02, 2008 7:09 pm

Pewnei sie brzydzily - ja bym sie brzydzil. :P

Post Pt lip 25, 2008 8:52 pm

Ej, no, a co złego jest w poświęconych ludziach?? Honoru chrześcijanina(?) trza bronić. Pomijając fakt o własnej religii, ale to szczególik...

Powrót do FOLKLOR POLSKI

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości


cron



Śnienie - rozwój - warsztaty

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group.
Designed by ST Software for PTF.
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
phpBB SEO
Time : 0.148s | 10 Queries | GZIP : Off