Post Pn sty 17, 2011 5:08 pm

"Opętany Sen"

Tytuł Tego wątku odnosi się do snu który miałem bardzo dawno, na początku ubiegłego roku. Zapytacie mnie pewnie skąd mogę pamiętać sen który nawiedził mnie tak dawno, otóż już mówię, po przebudzeniu zapisałem go w formie opowiadania, ponieważ tak łatwiej mi go przedstawiać. Długo nad nim rozmyślałem, nad jego bogatą symboliką, jednak nie doszedłem do żadnych kreatywnych wniosków, więc dałem sobie spokój z tym, snem, ponieważ, jest szczegółowy i był bardzo realistyczny. Kiedy się przebudziłem, z tego co pamiętam byłem przestraszony lekko, no i zdezorientowany.
Pomyślałem sobie, że może ktoś z was mi pomoże rozwiązać problem tego snu, może jest on przypadkowy ? Może jest wynikiem mojej wybujałej wyobraźni ? Albo na prawdę coś oznacza ? pomóżcie :)

Mam nadzieję, że forma w jakiej to napisałem, nie przestraszy nikogo. Starałem się ukazać jak najdokładniej obraz który widziałem, jedyną, rzeczą jaka może być mylna to emocje jakie czułem... przy spisywaniu Tego. Prosiłbym was o szczerą opinię, co sądzicie o tym Śnie ... :)

„…znalazłem się w lesie, osnutym przez mlecznobiałe, mgliste widma, ospale wijące się wśród drzew w swoich postrzępionych łachmanach. Gęsta knieja napierała na mnie zewsząd… czułem się mały i stłamszony, pragnąłem wyjść… pragnienie opuszczenia tego posępnego miejsca urosło we mnie i sprawiło że puszcza zniknęła… rozpłynęła się w powietrzu…
…otoczyła mnie bujna i wysoka trawa, szara, uschła i umarła… smagana posępnym i delikatnym wiatrem. Umarła łąka, nekropolia traw i polnych kwiatów, pozbawiona wszelkich oznak życia… ta sceneria uspokoiła me serce, wewnętrznie wyciszyła… - Jednak po co znalazłem się na tej niemej polanie? - Spojrzałem w powietrze. Na granatowym, czystym niebie zobaczyłem zarys jakiejś istoty. Nigdy wcześniej nie wiedziałem czegoś podobnego… stworzenie miało ogromne ptasie skrzydła i szybowało nad polaną zataczając kręgi … Zobaczyło mnie.
… wiatr ucichł, stanąłem nieruchomo i nagle, niedaleko mnie wylądował, majestatyczny, czarny, uskrzydlony byk. Zwierze patrzyło na mnie czerwonymi ślepiami, a na jego ciele pulsowały, mdłym zielonym światłem dziwne znaki. Stwór nie był sam, miał swojego jeźdźca… człowieka o czterech twarzach. Każda z tych twarzy przedstawiała inną emocję… smutek, radość, gniew i zdziwienie. Jeździec zaskoczony moją obecnością, spojrzał na mnie i rzekł:
– wiem o tobie wszystko – kiedy wypowiedział to, uniósł dłoń w której dzierżył miecz i krzyknął – spotkamy się na sądzie żywych i umarłych! Nikt nie zdoła się ukryć w ten czas miecza i topora! – uniósł lekko drugą dłoń i pokazał mi wagę. Na jednej z szal spoczywało, emanujące blaskiem białe pióro – wszyscy zostaną osądzeni sprawiedliwie, powstaną Starzy Bogowie ze swoich mogił ciemnych i zapomnianych, nastanie chaos, z którego wyjdzie nowy mesjasz! –
Zdziwiony i przerażony za razem zapytałem – Jak na imię będzie miał ów mesjasz?! – Jeździec przekręcił głowę, pokazał mi swoje gniewne oblicze i powiedział wyniosłym tonem - … a imię jego brzmi sześćset sześćdziesiąt sześć… to będzie ten, który Starego nie miłosiernego Boga strąci z tronu i potępi… bo kto jego liczbę nosi ten ponad samym Stwórcą się stawia! To będzie wybraniec znający wszystkie siedemdziesiąt dwa tajemne imiona Boże, jemu dane będzie spić się krwią samego Archanioła Gabriela, On obetnie skrzydła Rafałowi i wykolę oczy Michałowi…! – opuściwszy miecz, wzbił się w powietrze na swoim wierzchowcu i zniknął w przestworzach …
- Sąd ostateczny… Hmmm? Proroctwo zwycięstwa zła które stanie się nowym dobrem, fałszywym światłem … - nie zwlekając dłużej ruszyłem dalej, przed siebie. Nie wiem ile szedłem i jak długo, w tym świecie snu pojęcia takie jak droga czy czas nie ,mają większego znaczenia…
Wyrosła przede mną posępna budowla, ciosana gotyckim dłutem w twardym kamieniu… warowny budynek miał ogromne wrota, drewniane, rzeźbione. Tuż nad nimi znajdowała się czerwona rozeta, która obserwowała mnie uważnie… była zaniedbana, kilka wybitych okienek ziało pustką. Wrota były uchylone na tyle aby można było wejść do środka… spojrzałem w górę i ujrzałem dwie strzeliste wierze na tle posępnego, buro-szarego nieba. Stałem przed wejściem do Katedry …
Wnętrze katedry od dawna nie było odwiedzane przez jakich kolwiek wiernych, ze względu na swój stan, stare, opuszczone, zaniedbane i co najważniejsze strasznie zrujnowane eksponowało się żałośnie. Wszystko tutaj wyglądało jakby przeszła tędy wielka pogańska armia, która miała całkiem dobrą zabawę grabiąc ten kościół. Ławy były porozrzucane i połamane, powybijane witraże żałośnie błyszczały resztkami kolorowego szkła, które jeszcze w nich pozostał, ale najbardziej przygnębiającym widokiem był pokryty sadzą ołtarz. Ogromny krzyż z ukrzyżowanym nazarejczykiem przypominał bardziej inkwizycyjny stos, na którym oskarżony o herezje nieszczęśnik wydawał ostatnie, plugawe tchnienie. Krzyż był do połowy zwęglony. Drewno miejscami jeszcze się tliło. Powietrze wokół niego było gorące. Wszędzie dookoła na kamiennej posadzce błyszczały, krwawe plamy czerwonego wina. Moje nozdrza uderzył ostry zapach zgnilizny i zwęglonego mięsa. Spojrzałem w górę. Pod sklepieniem, wisiały ścierwa księży i zakonnic, delikatnie kołysane, lekkim wiatrem wpadającym przez wielkie, ziejące pustką i mrokiem dziury w dachu. Przyjrzałem się dokładnie wisielczym truchłom. Kapłanki wisiały nago, a z ciał powieszonych księży wystawały metalowe krzyże …… wywnioskować mogę, że przed śmiercią zakonnice były wielokrotnie gwałcone, a biedni kapłani widząc te sceny wzajemnie sztyletowali się swoimi krucyfiksami …
Przez jeden z wielu otworów w dachu, nagle do kościoła wleciał czarny kruk… przysiadł na prawym ramieniu krzyża, stanął w bezruchu. Tuż za ptakiem do wnętrza katedry wpadł snop światła, widziałem w nim drobinki kurzu, tańczące powietrznego walca, robiące piruety i salta, najwyraźniej pogoda na zewnątrz uległa zmianie… Strumień światła oświetlił krzesło, które stało przed ołtarzem. Mebel oparciem zwrócony był tyłem do krzyża. Postanowiłem wyjść, ponieważ w tym kościele nie ma już nic co było by w stanie przykuć moją uwagę… Odwróciłem się i pokierowałem swe kroki w stronę uchylonych drzwi … ale jakiś wewnętrzny, potężny głos nakazał mi się cofnąć, pozostać tu, nie iść. Odwróciłem się. Spostrzegłem że na oświetlonym krześle siedzi jakiś mężczyzna. Wytężyłem wzrok, przyjrzałem się dokładnie temu człowiekowi… poczułem w piersi potężne ukłucie, moje ciało przeszła ogromna fala gorąca, po której z oczu wypłynęły mi wartkie potoki łez … słowa uwięzły mi w krtani, nie byłem w stanie wydusić z siebie żadnego krzyku, pisku, a nawet jęknięcia … mężczyzną, który siedział na tym podniszczonym krześle był mój ojciec… Wyglądał tak jak go zapamiętałem, miał na sobie czarny wełniany golf, znoszone, ciemno-niebieskie dżinsy oraz sportowe buty. Jego spojrzenie pełne, mądrości, zrozumienia, majestatu oraz ojcowskiej surowości skryte było za szkłami charakterystycznych okularów. Rękawy golfu miał podwinięte do łokci, a na prawym nadgarstku błyszczał zegarek z metalową bransoletą. Jego uczesanie włosów było takie samo jakie pozostało w mojej pamięci. Bujne, nie długie, ciemno-blond włosy ułożone w nieładzie opadały na boki głowy, po prostu były nie uczesane w żaden fantazyjny sposób… Ojciec patrzył na mnie tak jak zwykł to czynić na co dzień, wzrokiem pełnym ukrytej, tajemnej wiedzy, wzrokiem, który zawsze czynił mnie dzieckiem, bez względu na to w jakim wieku się znajdowałem … Zapomniałem już co to znaczy mieć ojca …
… nic nie mówił, siedział tylko nie ruchomo, trzymał w dłoniach otwartą książkę, a ja poruszony gwałtownym impulsem, powoli zacząłem zbliżać się do ojca, nagle usłyszałem w myślach jego głos, nie potrafię opisać jego barwy czy natężenia. Moje myśli przeszywały słowa: - dobrą drogą kroczysz synu, sam poznałeś to co ja miałem Ci pokazać… przepraszam Cię za to, przepraszam że nie zdążyłem… - kiedy głos ucichł, mój ojciec zniknął… i nagle we mnie, pękła ogromna chmura która rozlała się po ziemi mojej duszy milionem milionów kropel bólu i goryczy, zalałem się łzami spływającymi po policzkach nieskończonym strumieniami… upadłem na kolana, złapałem w garść proch, leżący pode mną i cisnąłem nim w ołtarz krzycząc – Zwróć mi Ojca ukrzyżowany Boże! Zwróć mi go! Rozkazuję Ci! – milczał, nie mówił nic, tylko kruk jakby się lekko poruszył i spojrzał na mnie swoim czarnym okiem. Oparłem się dłońmi o podłogę, płacząc mówiłem dalej. – Skoro nie chcesz oddać mi Ojca to zejdź tu do mnie! No dalej! Zejdź z krzyża! Przyjdź a pokarzę Ci mój gniew! – podniosłem głowę. Kruk wzbił się w powietrze i wyfrunął z kościoła… teraz pozostałem sam na sam ze swoim cierpieniem … spojrzałem na krzesło gdzie siedział mój ojciec. Leżała tam książka. Otwarta. Zebrałem w sobie siłę, wstałem i podszedłem do niej. Był to Stary Testament. Ujrzałem zaznaczony fragment. Kilka linijek o upadku Lucyfera… zacząłem czytać… nie dokończyłem, słowa nagle się rozmazały. Obudziłem się…”