Post So cze 26, 2010 12:45 am

Cztery sprawy ostateczne

Biorąc pod uwagę małą ilość wpisów na forum, a także niektóre nieliczne nowe wpisy nowych użytkowników :) - postanowiłem podzielić się bardzo osobistymi refleksjami, być może skłoni to kogoś do własnych poszukiwań, do głębszej analizy własnego życia, do poszukiwań nieco innych niż tylko doświadczenia ze "specyfikami". Może ktoś z tego skorzysta.

Naturę mam nieco depresyjną czasami, spadek po Mamie :), ale pracuję nad sobą, i takie momenty trwają najwyżej dzień, mimo długiego okresu z wysokim stresem. Kiedyś trwać mogło miesiącami, więc postęp jest wg mnie. Decyzję o tym wpisie podjąłem jak mnie moje "trzecie zwierzątko" dziś nieco do refleksji skłoniło. Czasami nie wiem, czy w momencie - nazwijmy to tak umownie - oddziaływania tego mojego "ZM3", to jest użalanie się nad swoim biednym losem, czy może wypływ szczęścia nad skarbami-darami otrzymanymi po drodze w życiu. Ale przejdźmy do głównego tematu o którym chciałem mówić.

W takim dniu jak dziś własne życie wydaje się pasmem bólu i udręki, frustracji, żalu - nachodzą mnie nie moje myśli o tym jak nieudane jest to życie itp. Oczywiście są to emocje nieco przejaskrawione, jak na taki dzień zazwyczaj. Więc nie jest to stała moja samoocena, ale widać gdzieś to tam głęboko tkwi, ze czasem wychodzi. Ale... Pomimo smutku, są cztery rzeczy które spotkały mnie w życiu, dla których czasem mógłbym chcieć mieć nawet gorsze życie - gdybym mógł to życie powtórzyć, byle móc je otrzymać raz jeszcze. I tak:
  1. - doświadczenie w szkole średniej najgłębszej tęsknoty własnej. Materializacja niemal głębokiej potrzeby własnej, być może nie do końca spełnionej, skoro tak została zamanifestowana. A tęsknota ta to "Kochać, i być kochanym" - a objawiła się pod postacią Światła, poczucia bezpieczeństwa, całkowitej akceptacji bez żadnych "ale" - no i oczywiście jak na tamte czasy przystało, a działałem aktywnie w Kościele - w wizji uśmiechniętego Jezusa, który przytulał mnie jak starego kumpla. Tę wizję tłumaczę dziś inaczej, bo wiem więcej, gdybym urodził się gdzie indziej, wcale nie musiałby to być Jezus. Dla mnie było to manifestacja priorytetowej potrzeby.
  2. - doświadczenie własnego miejsca i wielkości we Wszechświecie, poprzez "podróż do gwiazd" i "podróż w czasie". Oczywiście mentalną podróż, bo do dziś żadna rakieta nie stoi na moim podwórku, a szkoda... :) Zdobycie jednak wiedzy o materialnym tylko Wszechświecie, o jego mocach, procesach w nim zachodzących, o wielkościach gwiazd i odległościach - sprawiło, że nie czuję się "wielki i wspaniały", ale też nie czuję się wyłącznie "pyłem", którym jestem. Na tym forum umieściłem tekst, który jest jakąś tam kompilacją tego doświadczenia. Przede wszystkim niesamowicie ustawia to (to doświadczenie, ta wiedza) perspektywę wobec życia i świata, wobec zwykłych codziennych problemów. Sprawia to, że nie angażujesz się w sprawy nijakie, puste... Obdziera wiele spraw z ich marności, blichtru, fałszu. Podobnie w "podróży w czasie" - chodzi o poznanie własnej - ludzkiej - planetarnej - przeszłości. O tym jakim cudem jest życie, nawet bez cudów. Z podróży do gwiazd i w przeszłość łatwo było przejść do
  3. - doświadczenia ludzkiej mądrości - poprzez poznanie wysiłku jaki towarzyszy ludzkości w poznaniu samej siebie. Po to by odpowiedzieć na pytania: kim jestem, po co jestem, dlaczego jestem, kim mogę być. Do samookreślenia, do omijania fałszywych idei, bzdurnych historii, do obdzierania codziennego poznania z iluzji własnych chęci, ambicji i pragnień. A jednocześnie do wiary we własne możliwości, bo nie jestem kimś innym niż pozostali ludzie. Nawet jeśli nie mam tego, czy tamtego talentu, to mam podobny umysł i mogę nauczyć się tego co inni potrafią. Skoro Ty to potrafisz, to ja też. Może zajmie mi jakiś czas nauka, ale mogę opanować niemal wszystko. Niemal, bo wiem, że nie wszystko mogę, ale wiele mogę. Mogę być programistą, ale też przedszkolanką. Mogę pisać przydatne aplikacje, sprzątnąć mieszkanie i zająć się synem...
  4. - narodziny syna - to już punkt czwarty z darów, które otrzymałem. Narodziny syna były takim świętem w moim życiu, że dopiero teraz dociera do mnie fala emocji z przed kliku lat. Mógłbym niczego więcej w życiu nie doświadczyć, byle móc przeżyć to raz jeszcze - początek, oczekiwanie, narodziny, wzrost, rozwój, poznawanie świata. Dać mu to, czego mnie zabrakło, ale bez narażania jego duszy na szkodę. Gdy trzeba skarcić to bez gniewu, gdy trzeba pocieszyć to bez ociągania, gdy potrzebuje mojej uwagi, to bez podziału, ale gdy jej nie mogę dać, to bez przekupstwa podarunkami.

Pewno to nie koniec, bądź co bądź dopiero 1/3 życia za mną. Ale lekko nie ma. Wizja do tego pasująca, to półmrok i skała, z której lekki promyk światła tylko się przebija... To tak jak w tej historii ojców pustyni. Pewnego dnia jeden z rycerzy przejeżdżał przez wąwóz na pustyni i zabłądził, długo szukał jakiejś ścieżki, w końcu znalazł ledwo wydeptaną. Poszedł nią, jak go prowadziła i doszedł do jaskini. Gdy stanął przed nią, z jaskini wyszedł starzeć i rzekł:
- "Witaj! Czekałem na Ciebie. Chodź do środka pokażę Ci skarb".
Poszedł więc rycerz w głąb jaskini za starcem, bez żadnego światła. W pewnym momencie starzec wskazał mu dziurę w suficie jaskini i spytał:
- "Co widzisz?"
- "Nic!" - odpowiedział rycerz.
- "Przyjrzyj się jeszcze raz i powiedz co widzisz?".
- "No nic... skrawek nieba..."
- "Skrawek nieba! Tak!" - przerwał starzec - "Czy to nie jest wspaniały skarb?"

Pozdrawiam
odwaga, wytrwałość, uśmiech
Natężenie świadomości