Post So wrz 05, 2009 3:39 pm

Ukraina - Zakarpacie

Ukraina.
No tak. sporo by opowiadać.
Wyruszyliśmy z Dzierzgonia zapakowani, przygotowani. Wziąłem nawet składany namiot-jurtę którego zaprojektowałem i zrobiłem specjalnie na tę okazję. Pełen optymizm, ostatnie pieniądze. Dotarliśmy do Żółwina bez problemu. Wyruszyliśmy wcześniej, bo chciałem się jeszcze spotkać z T. przed jego wyjazdem na Syberię, więc byłem przygotowany na to, że trzeba będzie kilka dni poczekać aż Klaudiusz załatwi wszystkie swoje sprawy. Jeden dzień połaziliśmy po Wawie. Chcieliśmy pójść do muzeum powstania warszawskiego, ale i tak nie poszliśmy. Dwa razy zaliczyłem też Klucz. Raz z K., zawożąc koziołka, drugi raz w dniu wyjazdu na Ukrainę, z I., bo obiecałem jej jezioro, a u siebie w końcu nie pojechaliśmy, więc musiałem (jeśli o obietnice chodzi, to jestem straszny, dlatego rzadko coś obiecuję :D). Będąc z K. w pomost pod powierzchnią wody wbiłem nowy nóż, którego wymieniłem na czarne lustro. Po to właśnie, żeby wrócić tam jeszcze przed wyjazdem. Wyciągając go z wody, pomyślałem, że podróż zaczyna się od noża w wodzie. Skojarzenie z filmem Polańskiego samo się pojawiło (Klaudiuszowi też:P). I tak właśnie było - nóż w wodzie, agresja, emocje. Wyruszyliśmy całą grupą - 6 dorosłych i 3 dzieci. No, prawie wyruszyliśmy, bo samochód zgasł po sekundzie, gdy został odpalony. Nie ruszył. Nie wiadomo co mu było. Napięcie trochę wzrosło. Poszliśmy spać, rano samochód zapalił bez problemu. Pojechaliśmy.
To była męcząca podróż. Prawie z każdego wyszedł jakiś diabeł. Na granicy słowacko-ukraińskiej nie przepuścili nas Ukraińcy. Najpierw posądzali mnie i M., że to nie nasze paszporty (prawdopodobnie chodziło o łapówkę). Potem czepili się samochodu. Okazało się, że K. musi mieć notarialne potwierdzenie od matki. Co ciekawe, K. przerejestrował samochód na matkę kilka dni przed wyjazdem, żeby było śmieszniej. Klaudiusz się poddał i powiedział, że nie jedzie, że wraca. Wszystkich na kilka sekund zamurowało, bo właściwie to on nas prowadził. Nas dobiło to, bo byliśmy od nich zależni i włożyliśmy całą kasę, poza drobnymi oszczędnościami, których nie chcieliśmy ruszać, by mieć za co żyć po powrocie. Reszta nie miała kasy w ogóle, a A. miała dostać dopiero w sierpniu. Zaczęły się między nami spięcia, które zaczęły narastać. Ja sam zacząłem się wkurzać już wcześniej, nawet chwilami niepotrzebnie.
Nie mieliśmy kasy by wrócić do Wawy, więc pojechaliśmy do Grabówki koło Sanoka, gdzie był freehouse. Tam się zatrzymaliśmy. Ja rozbiłem swój szałas, reszta namioty. Czekaliśmy. Pojawił się pomysł, by pojechać z kimś, kto będzie przejeżdżał przez Grabówkę. Jednego dnia pojechaliśmy do Sanoka by pograć na starówce. Gdzie pożarliśmy się na dobre. W końcu stwierdziłem, że tak nie może być dalej i zaproponowałem im rozmowy w kręgu. Wieczorem zebraliśmy się wokół ognia i każdy powiedział na spokojnie co mu leży na wątrobie. Atmosfera w końcu się oczyściła, ale już nie było tak samo. Dlatego gdy drugiego dnia jedna z grabówkowych dziewczyn - Mewa-Ewa zapytała, czy są chętni, żeby pojechać stopem na rainbow, długo nie myśląc spakowaliśmy się i pojechaliśmy z nią. Wzięliśmy na plecy co było najpotrzebniejsze, a resztę naszych rzeczy zostawiliśmy. Planowaliśmy znaleźć jakiś transport na miejscu dla pozostałych, ale sami sobie znaleźli.
Podróż przez Ukrainę też była ciekawa. Najpierw stopem. Spaliśmy przy drodze pod gołym niebem. Później utknęliśmy w jakiejś wiosce, ale zatrzymał się samochód - w środku banda łysych chłopaków ciągnących wódkę z gwinta. Zamiast nas zaczepić, dali nam 9 hrywien na autobus.:P
I ruszyliśmy, z drobnymi przygodami dalej.
Gdy dotarliśmy na Rainbow, poczułem ulgę. Już zacząłem wątpić, że tu dotrę. Rozbiliśmy się pod drzewem. Drugiego dnia znalazłem miejsce na polanie, bliżej strumienia i lasu, ale noce tam okazały się tak zimne, że po tygodniu musiałem się przenieść. Jakoś w tym czasie przyjechał R. z K. Rozbili się na naszym starym miejscu, a my po kilku dniach przenieśliśmy się w miejsce blisko nich. Kilka dni później nadwyrężyłem sobie kolana. Poszedłem do wioski, ale wszedłem nie tę ścieżkę co trzeba i zamiast w dół, wszedłem na górę. Właściwie mogłem zawrócić, ale po nieprzespanej nocy i bez śniadania zafundowałem sobie 8-godzinny marsz po połoninach. Gdy wszedłem na jeden ze szczytów trafiłem na miejscowych, którzy poczęstowali mnie wódką. Później gdy kupiłem chleb i pomidory w wiosce, mogłem w końcu zjeść śniadanie. Jednym z celów wyprawy było tipi, które przywieźli Polacy. Powiedzieli mi, że tipi można rozstawić, jak ktoś chce, bo im się nie chce tego wnosić. Perspektywa zamieszkania w tipi była o wiele ciekawsza niż kolejne noce w namiocie, więc wziąłem tipi na plecy, i wszedłem na swoją Golgotę. To była ciężka wyprawa. 3 godz szedłem krok za krokiem, zmęczony, wyczerpany, z kilkudziesięciokilogramowym ciężarem na plecach. W pewnym momencie mój organizm nie dał rady i dostałem takiego skurczu, że mięśnie mojej łydki zaczęły żyć własnym życiem. W końcu, gdy doszedłem na miejsce, padłem wyczerpany. Jeszcze nie wyzdrowiałem z przeziębienia, a już sobie załatwiłem kolana. Przez te kolana nie mogłem chodzić przez następne kilka dni, więc łażenia po górach stało się nierealne. Żeby było jeszcze ciekawiej, na kilka dni przed końcem złapałem wirusa żołądkowego i nie mogłem jeść. Zwykle choruję raz na kilka lat, a tu trafiły mi się 3 przypadki tak, że nie dały mi odpocząć. Przez dwie noce mając gorączkę zacząłem śnić dziwne sny. Nastrój mi się zmienił, prysł czar romantycznej wizji. Zgraliśmy się z K. i R., bo im też Rainbow nie przypadło do gustu. Może to Rainbow było takie, nie wiem. Ponoć te było wyjątkowe. Ludzie nie mieli sprzętu, panowałą epidemia, do tego Rosjanie narzucali swoją wizję zlotu. W każdym bądź razie po dwóch tygodniach wiedziałem już, że to nie w tę stronę chcę iść. T. miał rację, że takie życie nie jest dla nas, ale trzeba samemu się przekonać. :)
Planowałem też jakiś dzień lub dwa odosobnienia, ale stan moich kolan wykluczał jakiekolwiek łażenie po górach. Raz pokusiłem się żeby wejść z I. na jedną górę, ale przy zejściu kolana znowu dały o sobie znać.
W między czasie przyjechał K. z A. i M.. Przywieźli większość naszych rzeczy, co było szczęściem w nieszczęściu, bo mając w planach powrót pociągiem nie mieliśmy ich jak zabrać. W efekcie wszystko się zgrało z tym, że mój szamanizm przeszedł totalną metamorfozę. Zostawiłem część swoich narzędzi. Fetysze żywiołów zakopałem, wrzuciłem do strumienia, powiesiłem na drzewie albo spaliłem. Te dwa tygodnie w górach było ciężkim przeżyciem, ale owocnym. Przez rok tyle nie zrozumiałem, co tam, pośród gór.
Wróciliśmy razem z K. i R. Pociągiem przez 7 godz do Lwowa, trzecią klasą. Nie spałem całą noc, byłem zmęczony. W Lwowie R.obraził się na mnie, bo byłem w podłym nastroju, a że byłem w takim nastroju, nie bardzo chciało mi się rozwiązywać ten problem. Rozdzieliliśmy się. Chodząc po Lwowie kolano pod koniec zaczęło mi tak dokuczać, że nie mogłem dalej chodzić. Gdy dotarliśmy na dworzec, przyjechał autobus do granicy, a K. z R. nie dawali znaku życia, więc wsiedliśmy do autobusu wiedząc, że oni i tak pojadą w tę samą stronę, więc spotkamy się dalej. Niestety, a może i na szczęście, nasze drogi się rozeszły. R. miał później do mnie żal o to, ale cóż, wyprawa na Ukrainę była na prawdę wielką próbą. My trafiliśmy do rodziny I. Byli bardzo mili i przyjaźni. Ja mogłem sobie porozmawiać z jej wujkiem o Jezusie i przy okazji trochę odpocząć w drodze. Popracowałem jeden dzień na budowie, by "zarobić" na bilet do Wawy. Za to R. z K. też mieli swoją kąpiel przy księżycu, więc myślę, ze było jak miało być. Dalsza część podróży przebiegła właściwie bez problemu.
Po powrocie wróciłem do swojej starej pracy. Jednocześnie przez kilka dni byłem w dość dziwnym nastroju, jakby coś się rodziło, coś nowego. Nawiązałem nowe kontakty z ludźmi, stare się odnowiły. Przy okazji zaczęły do mnie dochodzić dziwne plotki na mój temat. Niektóre były dość żenujące.
W końcu moja praktyka szamańska przeszła kolejną przemianę. Ukraina pomogła mi w końcu raz na zawsze pogrzebać przeszłość i odwrócić się w przyszłość. Teraz łączy się stare zrozumienie ducha ze współczesną wizją społeczeństwa. I myślę, że właśnie po to była mi potrzebna Ukraina. W końcu szamanizm zawsze był po to, by leczyć ludzi. Musiał ewoluować razem ze społeczeństwem bo utknąłem gdzieś po drodze próbując wrócić do starego.
Założyłem nowy ruch, w którym opracowuję i przekazuję techniki pracy z rzeczywistością, filozofię, dzięki której wykorzystuję techniki pracy ze snami w rzeczywistości, w codziennym życiu i w społeczeństwie. Jest to efekt moich kilkunastoletnich doświadczeń, przemyśleń i wizji. Założyłem stronę, która ma być zalążkiem tego ruchu. Mam nadzieję, że jest to kolejny krok w mojej pracy z ludźmi. Ta nowa filozofia, która dojrzewała we mnie od wielu lat w końcu nabrała konkretnej formy. Wyraźnie pokazała mi, że sprawy takie jak odcięcie się niektórych i kłamstwa innych, czy moje dobre relacje z innymi są czymś, co mówi do mnie poprzez samą swoją symbolikę. Zacząłem to też przekładać na szersze spektrum, na poziomie całego społeczeństwa, przez co jednostka nie jest już samotną wyspą, ale integralną częścią całości.
Pomimo potknięć i błędów, idę dalej. Choć czasem dokucza mi kolano. :P
Załączniki
ukraina1.jpg
ukraina1.jpg (58.66 KiB) Przeglądane 1431 razy
ukraina2.jpg
ukraina2.jpg (58.5 KiB) Przeglądane 1431 razy
ukraina3.jpg
ukraina3.jpg (54.05 KiB) Przeglądane 1431 razy
ukraina4.jpg
ukraina4.jpg (58.4 KiB) Przeglądane 1431 razy
ukraina5.jpg
ukraina5.jpg (42.77 KiB) Przeglądane 1431 razy
ukraina6.jpg
ukraina6.jpg (47.69 KiB) Przeglądane 1431 razy
ukraina7.jpg
ukraina7.jpg (42.41 KiB) Przeglądane 1431 razy
ukraina8.jpg
ukraina8.jpg (36.99 KiB) Przeglądane 1431 razy
...............Obrazek.................
„Wszystkie rzeczy pojawiają się w określonej kolejności czy też, inaczej mówiąc, płyną strumieniem. Zdając sobie z tego sprawę, wiemy, w jaki sposób przerwać procesy negatywne, a inicjować i wspierać pozytywne.” Tenzin Wangyal Rinpocze