Las, biedny kotecek i banda kretynów


Przeróżne doświadczenia duchowe, które was poruszyły, zaskoczyły, lub którymi chcecie się po prostu podzielić z kimś.

Moderator: Kapelusznik

Post Cz sie 28, 2008 9:15 pm

Las, biedny kotecek i banda kretynów

Oparte na faktah autentycznych nieco zmodyfikowanych przez pamięć:

To miał być zwykły wypad do lasu, chciałem zebrać trochę pokrzywy i patyki z drzewa orzecha włoskiego na fajkę. Pomyślałem, że przejdę się po nim trochę okrężną drogą bo jakoś tak urzekła mnie żywa zieleń i ptaki latające to tu, to tam. Początkowo idąc nękały mnie myśli o tym jak to ludzie ostatnio coraz bardziej zasyfiają las, i co można by z tym zrobić. Co chwila jednak wyrzucałem to z głowy, nie po to przyszedłem do lasu by męczyć się ludźmi tylko właśnie by od nich odpocząć.
Zaczynałem cieszyć się chwilą, zachwycać grą świateł, śpiewem ptaków i szumem wiatru w koronach drzew. Starałem się rozszerzyć koncentracje na wszystkie te bodźce dookoła, zintegrować z nimi. To było przyjemne a efektu dopełniała mała ilość ludzi, choć pogoda słoneczna. Rzadko kiedy cieszę się tą pogodą, zwykłem już nawet określać ją jako "brzydką" ze względu na to, że to ją sobie ludzie upatrzyli jako najlepszą na zaśmiecanie lasów. Teraz właśnie było inaczej, chwila wytchnienia nim moherowe babcie, z kolejnymi pokoleniami ciemnoty umysłowej i ignorancji w wózkach, wyjdą ze swych zalepionych brudem grobowców straszyć duchy w lesie.
Oglądałem więc sobie tak te ptaszki i drzewka. Syciłem oczy zielenią uwalniając od syfnych myśli, gdy moje oczy uchwyciły kota. Ten kot nie sycił moich oczu, nie sprawiał, że się ucieszyłem jego widokiem. Był ewidentnie wychudzony, słaniał się na nogach, zmierzwiona i zalepiona sierść sterczała we wszystkich kierunkach. Zatrzymałem się, chciałem mu pomóc, ale jednocześnie poczułem tą iskrę niepokoju zaszczepioną przez społeczeństwo. Kot może mieć wściekliznę. Jednocześnie jednak wiedziałem, że nie było by dobrym gdybym tak sobie teraz po prostu poszedł dalej. Owszem mogłem, duchy mnie nie zatrzymywały, w zasadzie było im obojętne co zrobię. Ale sam w sobie nie czułem by takie zachowanie było tym które powinienem manifestować, powinienem niejako być wzorem bo w końcu jestem osobą rozwijającą się duchowo. Wciąż brakuje mi tej stanowczości o jakiej mażę. Jestem leniem, ale kto inny by temu zwierzęciu pomógł? Tym bardziej, że jak prosiłem ducha kota o czaszkę to zawsze dostawałem, w ogóle koty mi bardzo zawsze pomagały. Wiem, że takie myśli nawet nie powinny się we mnie pojawić, ale to właśnie zrobiły. Postanowiłem im stawić czoła. Kot może mieć wściekliznę, mnie się wydawał po prostu ekstremalnie wycieńczony, ale możliwość zawsze istniała. Postanowiłem więc zadzwonić do znajomego o radę, w końcu to typ z totemem kota- najlepiej wskaże mi to jak powinienem się zachować wobec kota. Gdy odebrał usłyszałem, że go obudziłem, przeprosiłem, ale skoro już to zrobiłem to od razu wyłożyłem sprawę. Parę razy nas rozłączyło, ale w końcu stanęło na tym, że wezmę swoją parszywą dupę w troki i pójdę pogadać z weterynarzem. Co mam innego lepszego do roboty? Zioła mi nie uciekną a kot potrzebuje pomocy. Nie zbyt ruchliwy był i nie sądziłem by się gdzieś udawał w daleką podróż.
Droga do weterynarza choć nie bliska, zajęła mi 20 minut. Trafiłem na porządnego, znam typa, nie to co ich pomocnicy co nie potrafią zrozumieć czym jest zwierzęca wdzięczność za wbijaną igłę. Iść ze mną nie mógł, zresztą miał klientów w poczekalni, ale dał mi telefon do Straży Miejskiej, bo ponoć oni się takimi rzeczami zajmować powinni i nawet mają specjalną "eko sekcje" do tego wyznaczoną. Idąc z powrotem w kierunku lasu zadzwoniłem więc, było już 24 minuty odkąd opuściłem kota. Odebrała jakaś dziewczyna, przedstawiła się jakimś imieniem na M i nazwiskiem na W, nigdy nie miałem do tego pamięci.
- Dzień dobry chciałem zgłosić, że znalazłem kota którego podejrzewam o wściekliznę.
- A czemu pan twierdzi, że może mieć wściekliznę? Może pan opisać jakieś objawy?
- Tak, kot jest bardzo wychudzony i słania się na nogach. Nie wykazuje też strachu przed człowiekiem.
- No dobrze, przyjmę to zawiadomienie jako do rannego kota, a proszę mi jeszcze powiedzieć, nie bał się go wziąć na ręce?
- Tak, bał bym się, więc go nie wziąłem.
- To gdzie się ten kot znajduje?
- Na terenie Lasu Kabackiego.
- Proszę pana my nie będziemy go szukać po lesie.
- No ja to doskonale rozumiem dlatego chętnie wskażę miejsce, kot nie wyglądał na zbyt ruchliwego, nie sądzę by się gdzieś wybierał i najprawdopodobniej jeszcze tam jest.
- A gdzie się pan teraz znajduje? Niech pan poda jakąś ulicę to wyślę patrol.
Idąc rozejrzałem się dookoła, cholera przecież nie znam tych wszystkich durnych uliczek, na dobrą sprawę, choć sam doskonale wiem gdzie jestem to nie wytłumaczę tego komuś przez słuchawkę telefony komórkowego. Zauważyłem jednak stację Metra. Jeśli by przyjechali samochodem pod tą stacje to zabrał bym sie z nimi i wskazał im to miejsce.
- No to niech przyjadą na stacje Metra Natolin może być?
- Tak, oczywiście, jednak nie obiecuję że przyjadą szybko.
- No dobra rozumiem.
- Niech mi pan jeszcze powie jaka jest pańska godność?
Odpowiedziałem ludzkim imieniem i się pożegnałem. Zastanawiałem się tylko jaki to jest okres czekania ten nie szybki przyjazd patrolu. 26 minut po opuszczeniu biednego kota, no niech się lepiej streszczą.
Nie streścili się, o 12:20 byłem u weterynarza, o 13 wkurzyłem się i w końcu zadzwoniłem ponownie z pytaniem ile jeszcze mam sterczeć czekając aż może w końcu się pojawią.
- Ile mam jeszcze czekać na ten patrol? Ja naprawdę mam inne rzeczy do robienia niż wegetować ponad 30 minut.
- No ja panu mówiłam, że nie obiecuję szybkiej reakcji, czasem czas oczekiwania wynosi półtorej godziny.
- I co? To znaczy, że ja mam tu tak sterczeć te półtorej godziny?
- Nie. Niech pan poczeka skontaktuje się z dyspozytornią.
- Dobrze.
Posłuchałem sobie chwile jakiejś durnej muzyczki w telefonie...
- Chalo? Jest pan tam?
- Tak.
- Niestety nie mogę się w tej chwili połączyć, linia jest cały czas zajęta.
Szlag mnie zaczynał już trafiać, przecież to do cholery ich sprawa by zająć się zwierzęciem które może być podejrzewane o wściekliznę. Jak by sie ludzie dowiedzieli, że nie przyjęli tego zgłoszenia a kot kogoś pogryzł to dopiero mieli by drakę. Kurde, rozumiem że kot cierpi, chce mu pomóc ale chyba nie tędy droga. Chciałem już tej babie wygarnąć że jak to jest, że cholera gdy biegałem z rozlepiając ulotki by zarobić, to wszędzie byli i mnie ścigali 200 złotowymi mandatami a teraz, gdy mam do nich poważną sprawę to ich nie ma. Pomyślałem, że w takim razie odwołuje sprawę i się dla nich zmywam, niech się bujają we własnym sosie.
- To w takim razie proszę pani ja informuje, że nie będę tu stać tak długo bo po prostu nie mam na to czasu.
- O ale niech pan czeka, właśnie pańskie zgłoszenie zostało przyjęte, jedna ekipa właśnie się zwolniła i to chyba z Mokotowa, powinni wiec niedługo dojechać.
Ulżyło mi, Mokotów faktycznie nie jest zbyt daleko.
- No dobrze, dziękuje w takim razie, poczekam. Do usłyszenia.
- Do usłyszenia.
13:10 Po chwili faktycznie przyjechali. "Eko Patrol", jak to ładnie brzmi, ostatnio w TV widziałem taką policje ścigającą idiotów dręczących zwierzęta. Dobry motyw.
Tu jednak polska. Dwie osoby na samochód z 2 miejscami, z tyłu załadowane klatki na zwierzęta. No super, ale w takim razie to lipa, bo sie tam nie zmieszczę... Dogadaliśmy się, że w takim razie za chwile spotkamy się bliżej lasu, ja sobie tam dojadę autobusem.
Jakoś udało sie nieco zbliżyć, do wjazdu na drogę do lasu. Te młotki jednak wpadły na pomysł, że w takiej sytuacji oni poproszą jeszcze ekipę normalnego patrolu z normalnym samochodem bym mógł wsiąść i wskazać miejsce. Kij z tym, że i tak będzie trzeba kawałek przejść, ale skoro oni tak lubią, to niech ich cholera.
13:31, kotka zostawiłem o 12:00 wciąż czekamy na ten drugi patrol... Już im w prost powiedziałem, że ja bym tam doszedł 4 razy do tego kotka. Coś mi tam odpowiedzieli, że ja to mam szczęście że przyjechali bo są dwa samochody "Eko" na warszawę a "Bogu" to dziękować, że byli tak niedaleko. Nawet nie chciałem sie wdawać w rozmowę.
W końcu ta dodatkowa ekipa przyjechała, w jednym samochodzie 3 typki
Pojechaliśmy, zaprowadziłem tą cała zgraję do kota. Super, udało się siedział w niemal tym samym miejscu. Okazało się, że kot na szczęście jest po prostu kotem wycieńczonym i odwodnionym. Znaczy, że najprawdopodobniej przeżyje. Nie miał się siły nawet bronić. Podziękowałem i se poszedłem...
Dalej w las, w końcu odpocząć od ludzi. Nie było to już to samo, ale przynajmniej poczułem, ze ja w sobie coś zmieniłem. Wciąż oczywiście bylem w szoku cała tą akcją jaka miała miejsce, z powodu jednego koteczka, którego jak się okazało, mogłem wziąć na ręce i zanieść do weterynarza. Mogłem, ale tego nie zrobiłem. Po trosze ze strachu, po trosze z lenistwa ale tak widać właśnie miało być. Poszedłem w miejsce w którym zwykle ryty robie. Kawał drogi, ale chciałem tam właśnie pójść i usiąść na choćby chwilę i pograć na drumli.
Avatar użytkownika

Marcowy Zając
Marcowy Zając

Posty: 421

Dołączył(a): So gru 15, 2007 3:08 am

Lokalizacja: z Pogranicza

Post Pt sie 29, 2008 2:20 am

Fajna historia Wyjcu, dobrze że kociak w tym wielkim lesie trafił akurat na Ciebie ;)

Przypomniałeś mi jednak inną historię, z już nie takim szczęśliwym zakończeniem... Kilka dobrych lat temu, kiedy byłam w odwiedzinach u mojej rodzinki, musiałam szybko wyskoczyć po coś do sklepu. Po drodze zobaczyłam grupkę gówniarzy mających z czegoś niezły ubaw. Coś mi nie do końca pasowało, więc podeszłam bliżej i okazało się, że mają radochę ze znęcania się nad małym kociątkiem. Kociak trzymał się na łapkach, ale miał całe zaropiałe oczka i nic nie widział, więc wszelkie bodźce z zewnątrz odbierał jako atak. A dzieciaki, jak to dzieciaki - rzucały w niego jakimiś patykami, źdźbłami trawy lub szturchały i miały ubaw jak kotek syczał lub prychał i cały się jeżył... a tak naprawdę był przerażony. Opieprzyłam gówniarstwo za bezmyślne zachowanie i postanowiłam, że jak tylko kupię to, po co wyszłam, to wracając zabiorę kociaka i zaniosę do weterynarza. Miałam nadzieję, tak jak Ty Wyjcu, że wciąż tam będzie. Ale niestety, kiedy wracałam, po kociaku ani dzieciakach nie było już śladu. Nie wiem co się z nim stało, mogę mieć tylko nadzieję, że jednak przechodził tamtędy ktoś, kto zajął się nim bez załatwiania najpierw swoich "ważniejszych" spraw. Ale pewności nie miałam i źle się czułam ze świadomością, że może jednak nie dał sobie rady... Obiecałam też sobie następnym razem już pomagać od razu, bez przekładania na później... człowiek się uczy na błędach :roll:
Deep into that darkness peering, long I stood there, wondering, fearing, doubting, dreaming dreams no mortal ever dared to dream before /Edgar Allan Poe/

Powrót do INNE

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


cron



Śnienie - rozwój - warsztaty

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group.
Designed by ST Software for PTF.
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
phpBB SEO
Time : 0.149s | 13 Queries | GZIP : Off